Noise w Wolnych Torach

Z jakiegoś względu mam szczególny sentyment do małych salek koncertowych/squatów o charakterze punk/DIY. Po części na pewno wynika to z faktu, że mają one w sobie pierwiastek pasji założycieli, którego często brakuje w sformalizowanych, profesjonalnych klubach muzycznych. Oczywiste więc, że możliwość wystąpienia w  Wolne Tory TSA była dla mnie czymś fenomenalnym. Ponadto, mój osobisty sentyment do Śląska nie pozostał bez wpływu na poziom tzw. jarania się wobec czego już od dłuższego czasu odliczałem dni do wyjazdu.

Wolne Tory TSA (Tymczasowa Strefa Autonomiczna) mieszczą się w dosyć małym budynku zlokalizowanym przy torach kolejowych. Nie jestem do końca pewien jakie czary sprawiły, że ekipie udało się pozyskać od PKP zgodę na wynajem i adaptację nieruchomości od października 2013 r., ale bez przygód się nie obyło. Nadmienię jeszcze, że określając budynek mianem ‘małego’ mam na myśli rozmiar wręcz mikroskopijny jak na miejsce o charakterze koncertowym. Faktem natomiast jest, że w moim odczuciu ograniczona przestrzeń wewnątrz dodaje temu miejscu świetnego, kameralnego charakteru.

Warto również dodać, że ekipa trzymająca to miejsce w ryzach składa się z fantastycznych ludzi, którzy jednocześnie przejawiają bardzo naturalną fascynację do muzyką noise. Przejawia się to np. w organizowanych przez nich długich, trwających nawet po 7 godzin sesjach noise podczas których każdy może włączyć się do akcji wykorzystując różnorakie przedmioty generujące dźwięk – od urządzeń elektronicznych, przez obiekty, na narzędziach elektrycznych skończywszy. Wszystko to wyłącznie dla zabawy, bez cienia pretensjonalności. Niesamowicie świeże podejście w zestawieniu z czasem do bólu przeintelektualizowanym podejściem do muzyki przejawianym przez (pół-) profesjonalnych artystów.

Gdy wraz z Sebastianem (Vilgoć) dotarliśmy na miejsce, na wstępie zostaliśmy powitani wegańskim spaghetti. Byliśmy wyposażeni w zapas wina i piwa tak więc zainicjowaliśmy etap tzw. Integracji z ekipą Wolnych Torów. Niedługo później zabraliśmy się za rozstawianie ekwipunku i testowanie nagłośnienia. Nie mam pewności co do mocy kolumn będących na scenie, ale biorąc pod uwagę fakt, iż sala koncertowa ma maksymalnie 20 metrów kw., to moc nagłośnienia (wraz z osobnym głośnikiem basowym) wystarczyłaby do zrównania całego budynku z ziemią.

Koncert rozpoczął się około godz. 21:45.

Jako pierwszy, na scenie zainstalował się Micromelancolié. Robert zagrał dronowo-ambientowy set zbudowany w oparciu o gęsto rozsiane sample, loopy i nagrania terenowe od czasu do czasu miksując z całością sprzężenia generowane za pomocą no-input miksera. Trudno jest mi krótko scharakteryzować jego muzykę, gdyż żadna z powszechnie kojarzonych etykietek gatunkowych nie oddaje sedna sprawy. Wydaje mi się, że uczestniczyłem w jego koncercie po raz pierwszy w życiu i szczerze przyznam, że byłem pod dużym wrażeniem.

Z numerem drugim wystartował Vilgoc. Jego koncerty utrzymane w stylistyce HNW są niezwykłym przeżyciem nawet na poziomie czysto fizycznym. Jednocześnie, zawsze fascynuje mnie mnogość sposób w jakie zgromadzona publika reaguje na gęste i statyczne przesterowane tekstury lejące się z głośników, zwłaszcza w połączeniu z prezencją sceniczną artysty. W pokoju panuje pełny mrok, Sebastian skulony w pozycji fetalnej leży pod sceną a mocny dźwięk doskonale maskuje wszelkie dźwięki dochodzące z zewnątrz. Część zgromadzonych wpatruje się w wykonawcę sprawiając wrażenie jakby próbowali rozwikłać sens tego co się przed nimi rozgrywa. Niektórzy kładą się na podłodze. Inni z zamkniętymi oczami stoją oparci o ścianę. Ku własnemu zaskoczeniu, w pewnej chwili poczułem przypływ lekkiej klaustrofobii i wyszedłem na chwilę z pomieszczenia. Świetny występ.

Po krótkiej przerwie rozpoczął się koncert projektu Mchy i Porosty. Bardzo podoba mi się obecne wcielenie Bartosza, które nieco odbiega od jego poprzednich, bardziej dynamicznych dokonań utrzymanych w stylistyce cut-up, które wydawał pod szyldem ANNNA. Set został otwarty gęstym, pulsującym brzmieniem własnoręcznie poskładanego syntezatora. Napięcie rosło a charakterystyka dźwięku sprawiała, że znowu miałem wrażenie, że pokój jakby się kurczył. W pewnej chwili Bartosz niespodziewanie przystąpił do ataku ostrym, dynamicznym harsh noise. Bezkompromisowe brzmienie, elementy cut-up, duże zróżnicowanie. Podobało mi się.

Ostatnim tego wieczoru był PURGIST. Zwyczajowo już nie będę podejmował prób analizy własnego występu, ale byłem dość mocno wczuty i mam nadzieję, że udzieliło się to też publiczności.

Wieczór został zwieńczony chwilę po północy spontaniczną kolaboracją Mchy i Porosty/PURGIST.

Był to zdecydowanie jeden z ciekawszych koncertów noisowych w których uczestniczyłem, głównie ze względu na niesamowitą atmosferę miejsca oraz przemiły zespół pasjonatów, którzy wkładają olbrzymi wysiłek w jego prowadzenie. Nie mogę się doczekać powrotu do Wolnych Torów. Jeżeli kiedykolwiek będziesz w Bytomiu, pamiętaj żeby do nich zajrzeć.

Seal Team 666 – Harshnoise.org EP

Seal Team 666 - harshnoise.org EP

Seal Team 666  nagrał EPkę specjalnie dla harshnoise.org.  Oczywiście gorąco zachęcamy do słuchania. Aby pobrać plik, klinkij na tytuł utworu.

 Seal Team 666 – Weapons System Test

Seal Team 666 – Unlisted

Wielkie dzięki dla Jaya Randalla (Agoraphobic Nosebleed/Japanese Torture Comedy Hour/Ultracide/Grindcore Karaoke) za świetny prezent.

PS. Jeżeli z jakiegoś względu nie możesz pobrać plików, spróbuj ten link: https://www.dropbox.com/sh/osqy9b93cjgcqfh/NMHTh9mVl4

Polska scena noise

W 2011 roku zwrócono się do mnie z prośbą o stworzenie artykułu omawiającego scenę noise. W pierwotnym założeniu, tekst miał być zaledwie opisem gatunku wraz ze wskazaniem podgatunków i ich istotnych przedstawicieli. Pomysł dosyć szybko wyewoluował do formy, z którą możecie się teraz zapoznać. W kilku następujących po sobie numerach magazynu Hard Art ukazywały się kolejne części tekstu traktującego o rozwoju i przedstawicielach szeroko rozumianej muzyki noise na terenie Polski.

Jestem doskonale świadom, że tekst ma swoje wady – wiele z nich dostrzegłem długo po publikacji. Natomiast jeżeli się nie mylę to jest to chyba pierwsza próba opisania tego zjawiska w takim ujęciu i zakresie. Zdecydowałem się na publikację wszystkich części artykułu w niezmienionej formie, tj. tak jak ukazał się on na łamach w/w pisma. Mam nadzieję, że lektura stanowić będzie punkt wyjścia do rozpoczęcia poszukiwań na własną rękę. Nic nie stoi również na przeszkodzie, żeby tekst stopniowo uzupełniać i korygować, dlatego też jestem otwarty na wszelkie sugestie i uwagi.

Read more

Cruel Summer Tour 2013

Pomysł zorganizowania trasy Cruel Summer Tour pojawił się całkowicie spontanicznie. Zgodnie z pierwotnymi założeniami, miało to być jeszcze mniejsze przedsięwzięcie, ale z biegiem czasu wyewoluowało w coś większego. Ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, że organizowanie harsh noise’owej trasy koncertowej nie jest w Polsce z góry skazane na kompletną porażkę. Oczywiście wymaga to pewnej dozy samozaparcia i pełnej świadomości, że jest to finansowa klapa. Trasa sama w sobie jest jednak fantastycznym, cennym i bardzo inspirującym doświadczeniem. Ciągła podróż i granie/obcowanie z harsh noisem każdego wieczoru przez kilka kolejnych dni pozwoliła każdemu z nas spojrzeć na własną twórczość z nieco innej perspektywy i zaowocowała szeregiem nowych pomysłów na samorozwój.

Read more

Encephalophonic – Regressed Progress (Audio Dissection, 2013)

429580_606966485998740_1374313601_n

Album „Regressed Progress” to zbiór doskonałych kompozycji charakteryzujących się brzmieniem głęboko zakorzenionym w estetyce harsh noise z lat 90-tych.
Włoski Encephalophonic to w zasadzie nowy projekt na scenie. Mimo iż formalnie istnieje od roku 2005, to jego pierwsze nagrania ukazały się dopiero w roku 2011 i dosyć szybko przykuły uwagę fanów gatunku.
Osobiście postrzegam jego nagrania jako wyraz głębokiej fascynacji złotą erą harsh noise. W pewnych aspektach przypominają one dokonania Pain Jerk, Skin Crime, Mo*Te, MSBR, K2 i innych wykonawców, którzy właśnie wtedy mieli swoje lata świetności. Nie oznacza to jednak, że Encephalophonic jest odtwórczy. Każdy z numerów zawartych na opisywanym albumie cechuje się wysoką dynamiką i z całą pewnością można powiedzieć, że nawiązania stylistyczne świadczą jedynie o pełnym oddaniu autora dla tego właśnie rodzaju muzyki noise.
Wierność stylistyczna jest niestety też piętą achillesową tej płyty. Niesie ona bowiem za sobą rozwiązania produkcyjne, które można określić mianem kontrowersyjnych. Sęk w tym, że album dosyć wiernie oddaje brzmienie noisowych kaset z lat 90-tych, co dla jednych może być wadą a dla innych zaletą. Przyznam, że podczas kilku pierwszych odsłuchów ta cecha dosyć skutecznie psuła mi zabawę. Brzmienie wydawało mi się zbyt tępe, zbasowane i przytłumione. Natomiast po pewnym czasie zaczęły do mnie docierać jego zalety, wydaje mi się, że wyłapałem zamierzenie autora a atrybuty, które początkowo postrzegałem jako wadę stały się zaletą podkreślającą brudny i ciężki nastrój panujący na płycie.
Album wydany jest w klasycznym opakowaniu typu jewel case z oszczędną wkładką. Jestem zwolennikiem minimalizmu wobec czego sposób wydania traktuję jako zaletę. Mimo iż kwestia samej oprawy graficznej jest dyskusyjna to trudno odmówić jej swoistego uroku i z całą pewnością można stwierdzić, iż pasuje do charakteru całości.
Zdecydowanie warto sprawdzić.

Kazuma Kubota – Dis-Connected (Ninth Circle Music, 2013)

58306364

„Dis-Connected” wydany w 2013 roku przez Ninth Circle Music to album doskonały zarówno pod względem kompozycyjnym, jak i produkcyjnym, który udowadnia, że harsh noise jako gatunek muzyki ma jeszcze wiele do zaoferowania.

Kazuma Kubota jest względnie nowym zawodnikiem, który jednak mimo to zdołał szybko wskoczyć do pierwszej ligi. Wydaje mi się, że po raz pierwszy z jego nagraniami zetknąłem się w 2009 roku kiedy w moje ręce wpadł wydany własnym sumptem album „Uneasiness”. Pamiętam, że już wtedy miałem świadomość, że ten wykonawca szybko stanie się popularny. Nie przewidziałem natomiast, że w ciągu zaledwie kilku lat zaliczy tak imponujący progres umiejętności kompozycyjnych. Jego wczesne nagrania robiły na mnie duże wrażenie, ale daleko im było do majstersztyku, którym jest „Dis-Connected”.

Nie będę próbował rozkładać wszystkich 11 utworów z płyty na czynniki pierwsze i opisywać ich składników. Napiszę jednak, że decyzja o umieszczeniu doskonałego „Solitary Butterfly” na samym początku była doskonała, gdyż ten świetny utwór wprowadza w nastrój, który towarzyszy już do końca albumu. Sposób w jaki kawałek został skomponowany doskonale wpisuje się w mój gust – gęsta fala przesterowanego brzmienia czegoś co przypomina syntezator po chwili zostaje rozbita na drobne fragmenty poszatkowanego hałasu, następuje stopniowe wyciszenie a zgiełk ustępuje miejsca wyjątkowo melodyjnemu fragmentowi. Trudno było mi powstrzymać się od przesłuchania tego kawałka kilka razy pod rząd.

Wkładka płyty informuje nas, że album został poddany masteringowi w Ninth Circle Studios i da się to słyszeć. Pewne aspekty brzmieniowe zdecydowanie kojarzą się z Sickness, zwłaszcza w dolnych rejestrach. Częstotliwości basowe są mocno zarysowane, ale również odpowiednio zmiękczone (trudno mi lepiej to opisać). Zgodnie z tym czego można oczekiwać po tego typu płycie, dźwięki są swobodnie rozrzucone po całej panoramie stereo. Dodatkowo, wiele fragmentów osadzono w pogłosie co przypomina przyspieszoną podróż po pomieszczeniach o różnych właściwościach akustycznych potęgującą poczucie zagubienia.

Pozycja obowiązkowa.

Zone Tripper – Zone Tripper (Forever Escaping Boredom, 2012)

R-4009259-1352178549-5003

Kasetę do recenzji otrzymałem od wydawcy – labelu Forever Escaping Boredom, który aktywnie działa od 1997 roku. Zarówno nazwa tria Zone Tripper jak i nazwiska artystów, którzy wchodzą w jego skład były mi uprzednio nieznane. Pomimo tego, do albumu podszedłem ze szczerą ciekawością wynikającą z faktu, że jestem zagorzałym zwolennikiem estetyki post-apokaliptycznej. Nagranie osadzone w podobnej tematyce wydało mi się czymś zdecydowanie interesującym.

Album zatytułowany „Zone Tripper” zawiera dwa utwory trwające łącznie 32 minuty. Zakładam, że są to kawałki improwizowane dlatego, że cechuje je kompozycyjny ascetyzm – nie zastosowano tutaj zabiegów w postaci budowania napięcia, tworzenia określonego nastroju i tym podobnych. Jedynymi odwołaniami do określonej stylistyki są w zasadzie wyłącznie pojawiające się gdzieniegdzie sample z filmów (np. kwestia Iggiego Pop otwierająca film Hardware). Prostota tego albumu dla jednych może być zaletą, dla pozostałych wręcz przeciwnie. W moim odczuciu, całość brzmi jak efekt niedoszlifowanej próby kilku kumpli, którzy postanowili nagrać coś razem bez konkretnego pomysłu. I to jest chyba największa wada tych kawałków.

Na szczęście jednak, członkowie tria zarejestrowali kilka ciekawych, futurystycznych syntezatorowych brzmień przypominających nieco mniej udaną wariację nt. charakterystycznego brzmienia Stimbox. Pod warstwą kosmicznych dźwięków znalazło się miejsce dla całkiem przyjemnych przesterowanych tekstur, drobnych sprzężeń i nawet kilku chwil nieśmiałej zabawy z metalowymi obiektami. Utwór znajdujący się na stronie B niestety praktycznie niczym się nie różni, gdyż jest to po prostu powtórzenie pomysłów zawartych na pierwszej stronie kasety.

Jakkolwiek dostrzegam i doceniam interesujący pomysł mariażu rejonów sci-fi i harsh noise stojących zarówno za tym albumem to w tym przypadku ma on raczej formę niedopracowanej pracy poglądowej.